Czyj paragon, tego zakupy.
 Oceń wpis
   

Kiedy niedawno wybierałam się do Czech, znajoma zwróciła mi uwagę, żeby zawsze zabierać paragon, będąc na zakupach w Pradze. Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, wyjaśniła że zaobserwowano w Czechach, głównie w praskich centrach handlowych, nowy sposób na okradanie klientów sklepów. Metoda działania jest prosta. Klient podchodzi z wózkiem do kasy. Kasjer zaczytuje kody towarów do kasy, kasuje od klienta pieniążki i wydaje paragon. Często tuż przy kasach ktoś się kręci, na co zwykle nie zwracamy uwagi. Często tez klienci po zapłaceniu za towar, zostawiają paragony na taśmie odchodząc od kasy. Do tego momentu wszystko przebiega normalnie.

Szwindel ujawnia się w momencie, gdy klient z towarem o wartości wartej zachodu, po zapłaceniu za towar zostawił paragon na kasie i beztrosko odchodzi z zakupami. Pośród osób kręcących się przy kasach może się znajdować złodziej, który obserwuje czy płacimy kartą, czy posługujemy się gotówką. Jeśli transakcja była opłacona kartą, taki "porzucony paragon" na koszyk z zakupami, nie interesuje złodzieja. Jeśli jednak klient zapłacił gotówką i porzucił paragon, to złodziej ma spora szanse na przejęcie towaru. Zgodnie z prawem obowiązującym w Czechach, jeśli coś kupiliśmy i mamy na to paragon, jesteśmy właścicielem tego co kupiliśmy.

Prascy złodzieje wykorzystują prawo na swoją korzyść. W tej metodzie złodziej podnosi paragon, następnie czeka aż klient odejdzie kilkanaście metrów, po czym podchodzi do pracownika ochrony i pokazując paragon, informuje że został mu ukradziony wózek z zakupami. Prawdopodobieństwo tego, że do czasu wyjaśnienia sprawy, właścicielem towaru może stać się ten kto posiada paragon, jest na tyle wysokie, że od czasu do czasu takie sytuacje się zdarzają. Teoretycznie można w tej sytuacji powołać się na kamery techniczne oraz na pamięć kasjera, i sztywno trzymać się przepisów, jednak przy celowym zamieszaniu jakie robią złodzieje, sprawa łatwa nie jest.

Komentarze (2)
Wiosenny weekend
 Oceń wpis
   

Piątkowe popołudnie zapowiadało ciepły i słoneczny weekend. W sobotę termometr za moim oknem pokazał 19 stopni, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Wprawdzie do kalendarzowej wiosny jeszcze kilka dni, ale wiosna rządzi się własnymi prawami i w marcu kręci się w tę i z powrotem według starego porzekadła "w marcu jak garncu". Wykorzystałam czas wolny na spacer po ulubionych miejscach. Na początku stycznia przeprowadziłam się do Szczecina, ale za względu na kilkutygodniowy ciąg delegacji i intensywne zajęcia, nie miałam okazji pospacerować po mieście, a o fotografowaniu na ten czas prawie zapomniałam. Od ubiegłego tygodnia jestem już na stałe w Szczecinie i powoli mija zmęczenie intensywnym trybem zajęć z minionych tygodni.

 Kwitnące krokusy - Szczecin Jasne Błonia

Mniej więcej dwa lata temu miałam okazję oglądać w internecie zdjęcia kwitnących krokusowych dywanów na Jasnych Błoniach. Te kwitnące dywany zrobiły wtedy na mnie niesamowite wrażenie, ale na sfotografowanie ich musiałam poczekać. Korzystając z dzisiejszej pogody wybrałam się "obiektywem upolować krokusy". Jasne Błonia w Szczecinie były dzisiaj tłumnie oblegane przez spacerowiczów. Na ławeczkach ciężko było znaleźć wolne miejsce. Chociaż ziemia jest jeszcze chłodna i wilgotna, sporo osób siedziało na trawnikach. Podoba mi się to że tutaj na trawniku można siedzieć bez obawy o "niespodziankę", mieć ze sobą czworonoga, albo grać w piłkę.

Przy balonikach - Szczecin Jasne Błonia

Ogromnym wzięciem, u najmłodszej grupy spacerowiczów, cieszyły się dzisiaj balonikowe cudeńka: zwierzątka, rowerki, kwiatki i biedronki z malowanymi kropkami. Odnoszę wrażenie, że widziałam dzisiaj  więcej dzieci z balonikami niż z lodami. Przystanęłam na chwilkę żeby popatrzeć jak w rękach fachowca powstają balonikowe figurki i chwilka zamieniła się w ponad kwadrans. W tym czasie powstała biedronka, a potem kolorowy balonikowy rowerek. Po kilkugodzinnym spacerze po Parku Kasprowicza i nad jeziorem, czułam solidne zmęczenie, ale mam ochotę jutro wybrać się na kolejny spacer ...tak dla zdrowia i dla przyjemności.

 

Fot. Katarzyna Pawłowska

Komentarze (0)
20-ty finał WOŚP
 Oceń wpis
   

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy ma już 20 lat. Finał "wielkiej orkiestry" na stałe wszedł do kalendarza imprez masowych. Czy wyobrażacie sobie rok bez finału "wielkiej orkiestry"? Ja sobie tego nie wyobrażam. Tę imprezę można lubić lub nie, ale nie sposób przejść obojętnie :)

Prezydent miasta Szczecin przy licytacji pierwszego przedmiotu

w ramach 20-tego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Miałam dzisiaj okazję zajrzeć do szczecińskiej Galaxy i rzucić okiem na to co się działo na scenie przygotowanej specjalnie dla celów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pierwszym licytowanym przedmiotem była zielona koszulka, która należała do Pawła Wojciechowskiego z Bydgoszczy. W tej koszulce, w ubiegłym roku w Szczecinie, Paweł ustalił nowy polski rekord skoku o tyczce. Wcześniejszy rekord ustalił w roku 1988 Mirosław Chmara i przez 23 lata nie udało się żadnemu Polakowi tego rekordu poprawić. Nie było o Pawle wprawdzie tak głośno jak o naszym olimpijczyku Władysławie Kozakiewiczu, ale Paweł Wojciechowski prawdopodobnie na długo zajął pierwsze miejsce i na nowego rekordzistę prawdopodobnie trochę poczekamy.

Jeśli już jestem przy rekordach, to podobnie jak w latach ubiegłych, zastanawiam się czy i w tym roku padnie kolejny rekord środków zebranych przez WOŚP. Biorąc pod uwagę że mamy okrągłą rocznicę, a organizatorzy i wolontariusze są bardzo aktywni, myślę że w tym roku WOŚP zbierze więcej niż w roku ubiegłym i tym samym podniesie sobie poprzeczkę na następny rok, za co trzymam kciuki. Przy okazji zawsze mi przez myśl przeleci: "Ciekawe ilu lekarzy wykorzysta nowy sprzęt przekazany przez WOŚP, do odpłatnych badań w ramach prywatnej praktyki lekarskiej?" ...a potem spoglądam na to nieco inaczej dochodząc do wniosku: "Dobrze że jest sprzęt na którym można robić badania".

fot. Katarzyna Pawłowska

Komentarze (0)
O weekendowym "nicnierobieniu" i konsekwencji działania
 Oceń wpis
   

Planowałam weekendowe "nicnierobienie" i trochę mi nie wyszło leniuchowanie. Gdybym miała szukać w czynnikach zewnętrznych, mogła bym powiedzieć, że sprawcą który przeszkodził mi w "nicnierobieniu", była brzoskwiniowa sofa ...ale powodem była moja chęć nabycia przedmiotu który był mi potrzebny i którego zarówno kolor jaki i priorytet były na dalszym miejscu ...a weekend zaczął się całkiem zwyczajnie...

W sobotę wybrałam się na to co ponoć kobiety uwielbiają najbardziej, a za czym ja nie przepadam, na zakupy. Takie tam zwyczajne weekendowe zakupy w markecie. Znacie to, olej do silnika, farba do włosów, szczoteczki do zębów, pasta do butów ...i ciekawe czego tym razem zapomniałam. Ze spożywki: skrzydełka, warzywa i przecier pomidorowy (na pomidorową) ...mąka i jaja na domowy makaron (może i fanaberia, ale ręcznie turlany w lodówce poleży dłużej niż gotowy z paczki) ...karkówka, czosnek, i jeszcze raz jaja, przyprawy, mleko (na kotleciki mielone ...a mleko, bo bułkę w mleku trzeba namoczyć, bo babcia tak robiła i się przyjęło).

Czasami daję się skusić na promocje, zwłaszcza gdy dotyczą owoców i warzyw ...no i tym razem skusiłam się na dynię, a jak dynia to i twaróg (na placki dyniowe z twarogiem, przyprawione kardamonem którego walory odkryłam w Finlandii). A potem powrót do regału z chemią gospodarczą, bo jeszcze płyn do mycia okien ...no okna to już wołały o pomstę do nieba.

Zwykle przy kasie wiem ile zapłacę, bo wrzucając do koszyka "włączam licznik kosztów" ...syndrom księgowej. Tym razem zapomniałam o dodawaniu i przy kasie troszkę się zdziwiłam ...aż musiałam sprawdzić paragon i przeliczyć. No i zgadzało się ...tylko nadal odnoszę wrażenie, że ceny wyprzedzają moją zdolność do aklimatyzacji w takich warunkach.

Po drodze z marketu jeszcze zamek spódnicy i nici do naprawienia zimowego płaszcza, bo materiał się przetarł krótko po "wyjściu" dwuletniej gwarancji ...a nowego nie mam zamiaru kupować. Po drodze do domu weszłam do jeszcze jednego sklepu ...no i wtedy zadzwonił telefon, jakby nie wiedział że kiedy robię zakupy, to nie lubię żeby mi przeszkadzano. Odebrałam i zaraz po powitaniu usłyszałam od cioci: "Chcesz sofę? Znajomi znajomych się wyprowadzają i jest sofa do wzięcia. Trzeba ją sobie tylko odwieść" ...no i od tego telefonu mój weekendowy plan na nicnierobienie rozleciał się w drobny mak, a ja zajęłam się dogadaniem jak i co, oraz załatwieniem transportu. Niby prościzna, bo o transport najłatwiej przy składzie budowlanym.

Myślałam że najtrudniejszym etapem tego przedsięwzięcia będzie wyniesienie sofy z drugiego piętra. Pomyliłam się, bo najtrudniejsze było na końcu ...i w bloku w którym wynajmuję pokój, sofa o jakieś 3 cm nie zmieściła się do windy. Kierowca nie pisał się na to zadanie. Trzeba było załatwić kogoś do wniesienia sofy po schodach ...na szóste piętro w mieście w którym poza pracą prawie nikogo nie znam. Wtedy pękło moje przedsięwzięcie żeby po tygodniu niepalenia nie palić. Poszłam do sklepu, zaczepiłam dwóch miłośników piwa, którzy potrzebowali na drobne wydatki ...i sofa znalazła się na szóstym piętrze ...a panowie chyba od dawna tak ciężko nie pracowali na równowartość dwóch flaszek.

Sofa jako mebel darowany i używany, w pierwszej kolejności przeszła solidne szorowanie ...a kiedy skończyłam, okazało się że jest sobotni wieczór, ręce mi opadają ...i gotowanie odłożyłam na niedzielę. Rano zastanawiałam się nad nowym układem mebli i wtedy górę wzięła zasada konsekwencji ...no bo  jak tu ustawić czyściutką sofę, gdy okna czekają na mycie, firanka na prasowanie, a stara kanapa tkwi w miejscu przeznaczonym dla sofy. No i się zaczęło nadrabianie zaległości. Na koniec weekendu pomidorowa i domowy makaron są gotowe do zabrania na jutro do pracy, kotleciki mielone stygną ...i tylko dynia czeka aż się nią zajmę we wtorek. Okna wreszcie są umyte, na co czekały dwa miesiące ...bo zawsze działka z nimi wygrywała. Firanka powieszona na oknie, a czekała na krześle dwa miesiące na wyprasowanie ...bo tu też działka i remont domu na wsi miały pierwszeństwo. Na zakończenie sofa została ustawiona w try miga, czyli dokładnie w tyle czasu ile zaplanowałam na samo tylko ustawienie sofy, bez tych wszystkich dodatkowych czynności które zdarzyły się po drodze ...mogę odpoczywać :)))

Za tydzień jadę na działkę żeby aktywnie wypocząć przy robieniu tego, co na działce jest niezbędne o tej porze roku ...tym razem bez zaplanowanego nicnierobienia :))

Komentarze (1)
Polska przejezdna inaczej
 Oceń wpis
   

Miniony weekend spędziłam na wsi, ale żeby wydostać się samochodem z Łodzi w sobotnie przedpołudnie, pokonywałam w ślimaczym tempie średnio 20 km na godzinę, odcinek z centrum Łodzi aż za Zgierz. Na krajowej 1-ce kilkanaście km przed Łęczycą nieco przyspieszyłam do zawrotnej prędkości około 50 km/h. Potem prześlimaczyłam się samochodem przez Łęczycę "jedynka-dwójka-stop-jedynka-dwójka-stop-jedynka-dwójka..." i cieszyłam się gdy tuż za Łęczycą skręcałam w kierunku Kłodawy.

Ślimak ostrożnie spaceruje po ostrożniu

W okolicach Kłodawy napotkałam jakiś nowy zwyczaj drogowy, bo zamiast załatać dziury, ustawiono znaki ograniczeń do 40 km/h, chociaż nie bardzo wiem po co, bo po takich wybojach jazda 40-tką była by co najmniej ryzykowna. Przed Kleczewem droga znacznie lepsza, to można się było rozpędzić aż do kolejnego znaku ograniczenia. Po drodze miałam czas żeby nacieszyć oczy widokami. Oznakowania też niczego sobie, bo w dwóch miejscach jadąc zgodnie z kierunkowskazami, wyjechałam nie tam gdzie trzeba, dzięki czemu za Gąsawą objechałam jezioro i rzuciłam okiem na skansen kolejki wąskotorowej w Wenecji Pałuckiej. Raptem 220 km udało mi się pokonać w około 4 i pół godziny. Całkiem nieźle jak na wypoczynkowy weekendowy wyjazd. Nie należę do osób które się spieszą, ale po Czechach, Słowacji, Finlandii i Estonii jeździ się znacznie płynniej i czas jazdy jest krótszy.

Droga powrotna w niedzielę przebiegała podobnie, tyle że w strugach deszczu. Woda zakrywała kałuże, stąd od czasu do czasu wpadałam w kolejne dziury zastanawiając się, czy nie zgubię zawieszenia po drodze. Dojazd z Łęczycy do Łodzi późnym wieczorem znów w ślimaczym tempie i powoli sunącym korku samochodów. Planowałam wrócić do domu przed godziną 22-gą, ale nie przewidziałam korków, które w wąskim gardle dojazdowym do Łodzi, pochłonęły mi dodatkową godzinę.

Czy doczekamy się kiedyś dróg europejskich, po których jazda będzie przyjemnością, a nie tylko przykrą koniecznością? Pewnie tak, ale wtedy przyjdzie nam co 50 km zatrzymywać się, żeby stać w kolejce do bramki z opłatami za przejazd.

Swoją drogą, gdyby uwzględnić raport o stanie polskich dróg i zamknąć odcinki o wątpliwej przydatności do jazdy, pozostało by nam w mieszkaniu przesiąść się na fotel obok i jeździć najwyżej palcem po mapie, a tak weekendowy wypoczynek się udał i można pracować ...a już w najbliższy piątek zaczynamy długi weekend.

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
O mnie
Katarzyna Pawłowska
"Nie jest ważne by znać doskonale jakiś język. Ważne jest by znać kilka języków na tyle, żeby się z ludźmi dogadać"

 

                                             fotoblog

Najnowsze komentarze
2012-03-22 08:24
tanikredytgotowkowy.com.pl:
Czyj paragon, tego zakupy.
Tak samo jak dowód rejestracyjny samochodu, kto ma w ręce ten jedzie ;]
2012-03-21 18:18
kronos:
Czyj paragon, tego zakupy.
Tak to prawda, bo dokument świadczy o tym, kto jest właścicielem towaru. Trzeba przy tym[...]
2011-11-07 08:07
pieniadze:
O weekendowym "nicnierobieniu" i konsekwencji działania
Czas nic nierobienia ja przeznaczam na myślenie - czyli cośrobienie :)
2011-10-22 18:09
infolinka:
Polska przejezdna inaczej
Witam serdecznie :))) Ostatnio byłam bardzo zajęta. Ruszyłam remont domu i weekendy spędzałam[...]
Najnowsze wpisy
2012-03-18 11:28 Czyj paragon, tego zakupy.
2012-03-18 00:26 Wiosenny weekend
2012-01-08 20:38 20-ty finał WOŚP
2011-10-31 00:46 O weekendowym "nicnierobieniu" i konsekwencji działania